Epping kontra państwo: Migranci wygrywają, lokalna społeczność walczy dalej

dzienniknarodowy.pl 7 godzin temu
W Wielkiej Brytanii narasta gniew po decyzji Sądu Apelacyjnego, który uchylił wcześniejszy zakaz korzystania z hotelu Bell w Epping jako ośrodka dla nielegalnych migrantów. Krytycy twierdzą, iż rząd nie tylko ignoruje wolę lokalnych społeczności, ale wręcz wykorzystuje międzynarodowe instytucje – w tym Europejski Trybunał Praw Człowieka (ETPCz) – przeciwko własnym obywatelom. Dla wielu ta sprawa nie jest już tylko sporem o jeden hotel, ale symbolem głębszego kryzysu: rosnącego dystansu między rządzącymi a społeczeństwem.

Sprawę wygrała minister spraw wewnętrznych Yvette Cooper, której prawnicy skutecznie przekonali skład trzech sędziów apelacyjnych, iż wcześniejszy wyrok był „poważnie wadliwy w zasadzie”. Sędzia niższej instancji, który wydał zakaz prowadzenia hotelu, został ostro skrytykowany za nieuwzględnienie konsekwencji zamknięcia obiektu.

„Sędzia pierwotnie rozpatrujący sprawę popełnił szereg błędów zasadniczych, które podważyły jego decyzję… jego podejście ignorowało oczywisty skutek, jakim jest konieczność natychmiastowego znalezienia innej lokalizacji w systemie” – stwierdzono w orzeczeniu.

Decyzja oznacza, iż Bell Hotel w Epping (hrabstwo Essex), mimo braku formalnej zgody na zmianę sposobu użytkowania, może dalej służyć jako zakwaterowanie dla dorosłych mężczyzn przybyłych do Wielkiej Brytanii nielegalnie. W ostatnich miesiącach doszło tam do kilku aresztowań, w tym w związku z zarzutami napaści na tle seksualnym. Hotel stał się ogniskiem protestów, które w krótkim czasie rozlały się na inne miasta.

Prawnicy Epping Council – czyli lokalnego samorządu odpowiedzialnego za miasto i jego okolice – argumentowali, iż prawa migrantów nie powinny przeważać nad prawami lokalnych mieszkańców. Sąd jednak uznał, iż najważniejsze znaczenie ma „utrzymanie status quo” i zapewnienie rządowi swobody w działaniu na rzecz „bezpieczeństwa publicznego”.

„Jeśli protesty mogą wzmocnić argument za nakazem planistycznym, to istnieje ryzyko, iż staną się one zachętą do kolejnych, być może nieuporządkowanych demonstracji wokół zakwaterowania azylantów. W najgorszym razie może to prowadzić do zachęty do bezprawia” – ostrzegli sędziowie.

Dla wielu mieszkańców i aktywistów ten argument to policzek. Widzą w nim nie tyle troskę o porządek publiczny, co próbę uciszenia głosu społecznego sprzeciwu. W ich oczach sądy nie chronią już obywateli – chronią rząd przed obywatelami.

Wizerunkowo to cios dla Partii Pracy, która w ubiegłorocznych wyborach obiecywała likwidację hoteli dla migrantów. Teraz broni ich istnienia w sądzie. Minister ds. imigracji Dame Angela Eagle co prawda przyjęła wyrok z zadowoleniem, ale jednocześnie próbowała przerzucić winę na rząd konserwatystów, który – jak podkreśliła – przez 14 lat był odpowiedzialny za stworzenie tego systemu.

Na opozycji zawrzało. Nigel Farage, lider Reform UK i jeden z najbardziej wyrazistych krytyków obecnej polityki migracyjnej, zareagował natychmiast:

„Rząd użył Europejskiego Trybunału Praw Człowieka przeciwko ludziom z Epping. Nielegalni migranci mają więcej praw niż Brytyjczycy pod rządami Starmera.”

Farage, który od miesięcy podnosi temat rosnącej przestępczości i kryzysu migracyjnego, zwrócił uwagę na to, iż Wielka Brytania nie wystąpiła z ETPCz po opuszczeniu Unii Europejskiej – mimo iż wiele osób tego oczekiwało. Dziś, jego zdaniem, instytucja ta działa wbrew interesowi kraju.

Podobne stanowisko zajął niezależny poseł Rupert Lowe:

„Mamy rząd przeciwko własnemu narodowi.”

Z kolei Robert Jenrick, jeden z najbardziej aktywnych polityków Partii Konserwatywnej w kwestiach migracji, nazwał decyzję sądu „skrajnie rozczarowującą”. Wskazał, iż prawnicy rządu argumentowali, iż zakwaterowanie migrantów w hotelach leży w „interesie narodowym” – co uznał za nie do przyjęcia.

„Rząd brytyjski powinien zawsze stawiać interesy Brytyjczyków na pierwszym miejscu. Rząd Starmera pokazuje, iż stoi po stronie nielegalnych migrantów, którzy włamali się do naszego kraju… Nie ma żadnej akceptowalnej formy zakwaterowania dla nielegalnych migrantów. Rząd powinien pomagać potrzebującym Brytyjczykom i deportować każdego nielegalnego przybysza.”

Jenrick zaapelował do lokalnych samorządów, by przez cały czas pozywały rząd w sprawach dotyczących hoteli dla migrantów. Zapowiedział również, iż zaoferuje im wsparcie prawne.

Epping Council także nie składa broni. Samorząd zapowiedział, iż „bitwa się nie skończyła” i już w październiku planuje pełny proces dotyczący przyszłości hotelu Bell. Jeden z radnych powiedział po rozprawie:

„Prawo planistyczne może wydawać się nudne, może wydawać się nieciekawe, ale leży u podstaw relacji między lokalną społecznością a dobrym rządzeniem. Gwarantuje mieszkańcom prawo głosu w sprawach ich otoczenia i nie powinno być lekceważone.”

Tymczasem protesty przed hotelem mają się nasilić w najbliższy weekend. Organizatorzy wzywają do ogólnokrajowej mobilizacji. Dla wielu z nich Bell Hotel to już nie tylko kontrowersyjna placówka – to symbol zdrady elit, upadku demokracji lokalnej i bezkarności państwowych struktur.

W tle pozostaje większy problem: mimo zmiany rządu, kryzys migracyjny trwa, a obiecane reformy nie nadchodzą. Instytucje, które miały chronić obywatela, coraz częściej stoją po stronie administracji. Partie polityczne, które miały przynieść zmianę, bronią w sądach rozwiązań, które jeszcze niedawno krytykowały.

Październikowy proces może przynieść przełom. Ale choćby jeżeli Bell Hotel zostanie zamknięty, zaufanie do rządu i sądów już zostało poważnie nadwyrężone. Coraz więcej Brytyjczyków zadaje pytanie: kto naprawdę decyduje o ich kraju – i czy głos obywatela w ogóle ma jeszcze znaczenie?

Idź do oryginalnego materiału