Oczekując na kolejne wydarzenia wokół Trybunału Konstytucyjnego, warto spojrzeć na genezę tego konfliktu. Spór o TK osiągnął bowiem poziom absurdu, przy którym coraz trudniej ustalić nie tylko to, kto ma rację, ale choćby to, jakie reguły prawne obowiązują jego uczestników. Kolejne sprzeczne interpretacje Konstytucji, wzajemnie kwestionowane orzeczenia i procedury tworzą obraz państwa pogrążonego w ustrojowym chaosie. Co gorsza, chaos ten nie jest już jedynie skutkiem politycznego konfliktu. Stał się również jednym z instrumentów jego prowadzenia.
Nie ma większego sensu ponowne rozstrzyganie, kto rozpoczął tę wojnę i kto jako pierwszy przekroczył dopuszczalne granice. Bezsporne jest, iż wybór sędziów Trybunału Konstytucyjnego „na zapas” w końcówce rządów PO, w roku 2015, był poważnym nadużyciem ze strony ówczesnej sejmowej większości. Bezsporne pozostaje także, iż sposób obsadzania Trybunału Konstytucyjnego przez Prawo i Sprawiedliwość budził również poważne zastrzeżenia prawne. Procedury stosowane przez obie strony tego sporu od początku były wysoce niestandardowe. Stąd legalność części nominacji od razu stała się przedmiotem sporu polityczno-prawnego.
Ani jednak te zasadnicze wątpliwości, ani dyskusyjny tryb postępowania kolejnych sejmowych większości nie oznaczają, iż kolejne ekipy rządzące mogą dowolnie decydować, które instytucje państwa uznają za legalne, a które mogą dowolnie ignorować.
Nawet źle rządzone państwo, jakim jest Polska, musi zachować ciągłość prawną. Nie może funkcjonować w rzeczywistości, w której legalność urzędu, decyzji administracyjnej czy wyroku sądowego zależy od aktualnych sympatii politycznych władzy wykonawczej. Jak słusznie wskazuje prof. Adam Wielomski, fundamentem stabilności systemu jest domniemanie schematy działania organów państwowych. Obywatel otrzymujący decyzję administracyjną nie ma obowiązku każdorazowo badać, czy urzędnik, który ją podpisał, został prawidłowo powołany. Podobnie uczestnik postępowania sądowego musi móc zakładać, iż wydający orzeczenie sąd działa w ramach obowiązującego porządku prawnego. W przeciwnym razie państwo przestaje być organizacją opartą na prawie, stając się zbiorem instytucji, których autorytet zależy od czyjegoś widzimisię. Spór polityczny pomiędzy stronnictwami nie może prowadzić do sytuacji, w której samo państwo przestaje uznawać własne organy. Tak się jednak stało.
Donald Tusk po objęciu władzy przyjął wobec Trybunału Konstytucyjnego strategię politycznego przeczekania. Rząd nie zdecydował się na siłowe przejęcie instytucji, tak jak to miało miejsce w przypadku publicznego radia czy telewizji. Zamiast tego konsekwentnie odmawiał uznawania części skutków jej działalności, licząc jednocześnie na stopniową zmianę składu osobowego Trybunału.
Od marca 2024 roku wstrzymano publikację jego kolejnych wyroków w oficjalnych dziennikach urzędowych. Rząd uzasadniał to rzekomą wadliwością składu Trybunału, natomiast jego kierownictwo uważało tę praktykę za bezprawną. Chaos pogłębiał się. Trybunał wydawał orzeczenia, które można było odnaleźć na jego stronie internetowej, jednak nie były one ogłaszane w przewidzianym konstytucyjnie trybie. Część sądów uwzględniała stanowiska Trybunału, inne kwestionowały skutki jego rozstrzygnięć. Obywatele i sądy zaczęli funkcjonować w sytuacji niepewności co do obowiązującego prawa.
Polityczna kalkulacja Tuska była prosta – czas działał na jego korzyść. Sędziowie TK są wybierani na dziewięcioletnie kadencje. Wraz z ich upływem Sejm obsadza kolejne wakaty. Obecna sejmowa większość mogłaby zatem stopniowo obsadzać Trybunał swoimi nominatami.
Ten pozornie doskonały plan napotkał jednak niespodziewaną przeszkodę: prezydenta Karola Nawrockiego.
Prezydent odmówił odebrania ślubowania od części osób wybranych przez Sejm na stanowiska sędziów Trybunału Konstytucyjnego. W przypadku innych ślubowania przyjął. W rezultacie doszło do sytuacji, w której Sejm dokonał wyboru, ale część wybranych osób nie została dopuszczona do wykonywania obowiązków orzeczniczych. Było to, podobnie jak w przypadku działań rządu, wykorzystanie niedoskonałości obowiązującego prawa, które w oczywisty sposób nie zakładało obstrukcyjnych działań zarówno rządu, jak i prezydenta.
Prezydencka odmowa przyjęcia ślubowania stworzyła mechanizm ustrojowej blokady. Doszło do sytuacji patowej. Ten pat Donald Tusk postanowił przerwać metodami siłowymi, w oczywisty sposób niezgodnymi z prawem. Na ile skutecznie? To okaże się w kolejnych dniach.
Przemysław Piasta










