Szkoła wylogowana? Broniarz: Ministerstwo umywa ręce, przerzucając problem na szkoły, rodziców i dyrektorów

1 godzina temu

Ze Sławomirem Broniarzem, prezesem Związku Nauczycielstwa Polskiego, rozmawiamy o skutkach niekontrolowanego korzystania ze telefonów przez dzieci i młodzież, o higienie cyfrowej oraz o tym, czy rząd powinien wprowadzić krajowy zakaz używania telefonów w szkołach.

Sławomir Broniarz

Prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego. Uczestnik prac Komisji Trójstronnej, a w tej chwili Rady Dialogu Społecznego. Aktywnie bierze udział w pracach międzynarodowego ruchu związkowego: w roku 2019 roku po raz trzeci został członkiem Zarządu Światowego Education International (EI). Prezes ZNP jest także członkiem Europejskiego Komitetu Ekonomiczno-Społecznego (EKES). Zainicjował wiele akcji związkowych i społecznych w tym m.in. Pakt dla Edukacji, Edukacyjny Okrągły Stół, kampanię w obronie publicznej edukacji „Nie dajmy popsuć naszej szkoły”. W Sejmie wielokrotnie prezentował obywatelskie projekty ustawodawcze zgłaszane przez ZNP. Sygnatariusz Apelu związków zawodowych do minister Barbary Nowackiej o wprowadzenie krajowego zakazu telefonów w szkołach.

(Wywiad jest zredagowaną i uzupełnioną wersją podcastu Czy masz świadomość? pt. Higiena cyfrowa? Głos nauczycielski).

Rafał Górski: „Najświeższe badania techniką neuroobrazowania ponad wszelką wątpliwość pokazują, iż nadmierna styczność z ekranami może neurologicznie zniszczyć rozwijający się mózg młodej osoby w taki sam sposób jak uzależnienie od kokainy”, pisze Nick Kardaras w „Dzieciach ekranu”. Tymczasem TikTok jest używany przez 760 000 polskich dzieci w wieku 7-12 lat – ta informacja pochodzi z najnowszego raportu „Internet dzieci”. Co Pan na to?

Sławomir Broniarz: Nie dziwię się, iż młodzież korzysta z TikToka, bo jest dostępny, popularny i łatwy, tak jak każda inna historia obrazkowa, która się pojawiała 10-15 lat temu.

Za każdym razem natomiast wraca pytanie, gdzie jest rodzina, rodzice, gdzie jest nadzór nad tym, co dziecko robi.

Komputer i telefon to są wypełniacze czasu, z których dzieci mają prawo korzystać, ale powinny to robić pod kontrolą dorosłych.

Podpisał Pan apel związków zawodowych o wprowadzenie powszechnego zakazu używania telefonów w szkołach, skierowany do pani minister Barbary Nowackiej. Co sprawiło, iż został Pan sygnatariuszem tego apelu?

Świadomość niebezpieczeństwa, które towarzyszy dziecku mającemu niekontrolowany dostęp do mediów społecznościowych. Niestety telefon to nie tylko wypełniacz czasu, ale też taka trochę bezpłatna niańka, która „opiekuje się” dzieckiem i pozwala rodzicowi na przykład zrobić obiad czy spokojnie siedzieć w poczekalni. Już w 2020 roku „Głos Nauczycielski” pisał, iż to jest niebezpieczeństwo, które czyha na młodego człowieka.

Wtedy ukazał się raport UNESCO na temat negatywnego wpływu telefonów na uczniów i już wtedy Związek Nauczycielstwa Polskiego wspólnie z innymi międzynarodowymi organizacjami nauczycielskimi skupionymi w Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych Nauczycieli mówił o tym, iż jest potrzebna kontrola, a także debata z udziałem wszystkich interesariuszy, czyli rodziców, uczniów, nauczycieli oraz organów i instytucji odpowiadających za edukację, żeby wypracować stanowisko będące rodzajem umowy społecznej, mówiące o tym, kto, w jakich warunkach, w oparciu o jakie rozwiązania powinien mieć dostęp do telefonów i możliwość korzystania z nich w niekontrolowany sposób.

Takie podejście wpisywało się w ogólnonarodową debatę na temat dostępności telefonów dla uczniów. Było też próbą nakierowania tej dyskusji na jakieś racjonalne działania. Mówiliśmy o zakazie używania, ale także chcieliśmy poruszyć opinię publiczną, pokazując, iż nie da się odciąć dziecka od współczesnych technologii. A ta współczesna technologia nie może być czymś, co będzie szkodliwe dla organizmu młodego człowieka.

Wiele krajów, odchodząc od telefonów na rzecz papieru, próbuje powiedzieć, iż to, czym zachłystywaliśmy się przez ostatnie lata, nie jest samym dobrem, ale ma też ciemne strony i pora wrócić na adekwatne tory. Apel do pani minister był również próbą zwrócenia uwagi na te zagrożenia.

Sama decyzja o tym, iż to rada pedagogiczna czy też rodzice będą decydować o zasadach korzystania ze telefonów, jest, moim zdaniem, dalece niewystarczająca.

Przynajmniej na etapie szkoły podstawowej decyzje powinny być sformalizowane i podjęte przez Ministra Edukacji Narodowej, stąd cel i istota tego apelu.

Wspomniał Pan, iż Związek Nauczycielstwa Polskiego już od pięciu lat podnosi ten temat w debacie publicznej. W 2020 roku Instytut Spraw Obywatelskich po raz pierwszy również zabrał głos w tej sprawie, w ramach kampanii obywatelskiej „Ratuj dzieci!”.

Jak skomentuje Pan fakt, iż ani były minister edukacji, pan Przemysław Czarnek, ani obecna minister, pani Barbara Nowacka, nie wprowadzili krajowego zakazu telefonów w szkołach?

Niebywałym przywilejem polityka, szczególnie rangi ministerialnej, jest prawo podejmowania decyzji, które powinny być respektowane, ale za tym idzie także odpowiedzialność za owe decyzje. I wydaje się, iż tutaj dominował strach przed oburzeniem rodziców i protestami młodzieży.

Piszemy o Ludziach, a nie o władzy

Pokazujemy prawdę o przyczynach, nie o skutkach. Jesteśmy Twoim głosem. Wspieraj niezależność!

Przekaż 1,5% i zostań naszym współwydawcą

Nie tak dawno wprowadzono przepis mówiący o obowiązku korzystania przez dzieci i młodzież do lat 16 z kasków podczas jazdy na rowerze czy hulajnodze. I tutaj nie obawiano się, iż młodzież zaprotestuje. Podobnie powinno być, jeżeli chodzi o korzystanie ze telefonów, które mają daleko większy, także negatywny, wpływ na psychikę tego młodego człowieka. Nie niosą za sobą niebezpieczeństwa związanego z wypadkiem, chyba iż ktoś przechodzi przez ulicę na czerwonym świetle, bo korzysta ze telefona, ale niosą ze sobą daleko idące skutki alienacji społecznej, wyobcowania w rodzinie. Dzieci zamykają się w swoich pokojach, nie przeszkadzają rodzicom, rodzice się cieszą, iż wreszcie mogą spokojnie obejrzeć telewizję czy poczytać książkę, więc po co dzieciom to prawo odbierać.

Chciałbym tu wspomnieć o wydarzeniu, które miało miejsce w jednej ze szkół.

Dzieci, korzystając z komunikatorów, założyły sobie grupę klasową. Obrzucały się tam takimi obelgami i wyzwiskami, iż byłem zdumiony, jak dziecko dziesięcioletnie może używać tego rodzaju określeń i może to robić bez jakiejkolwiek kontroli ze strony rodziców.

A rodzice tłumaczyli, iż nie mogą dzieciom zabronić korzystania z komunikatora, bo tam czasami pojawiają się informacje o lekcjach lub sprawdzianach.

Co z tym zrobić?

Kontrola ze strony rodziców jest niezbędna, skoro władze centralne nie mają odwagi do podejmowania takich działań.

Przecież Francja, Luksemburg, Słowacja, Szwecja, Włochy i inne kraje wprowadzały przepisy ogólnokrajowe dotyczące korzystania ze telefona, więc można było tego rodzaju przykładami się posłużyć. A ostatnio przecież Australia stała się pierwszym krajem na świecie, który zakazał korzystania z mediów społecznościowych dzieciom poniżej 16. roku życia. W trosce o bezpieczeństwo i zdrowie psychiczne dzieci coraz więcej państw ogranicza dzieciom dostęp do mediów społecznościowych.

Pewnie zwyciężył taki koniunkturalizm polityczny: nie będę się narażać na uwagi ze strony rodziców, wobec tego dla świętego spokoju sceduję to na poziom rady pedagogicznej czy dyrekcji szkoły, ponieważ decyzja podjęta na takim poziomie będzie miała większy wymiar społeczny, bo będzie jakoś integrowała to środowisko edukacyjne.

Są pewne decyzje, które powinny być podejmowane na poziomie centralnym. Moim zdaniem zasadne byłoby ograniczenie korzystania ze telefonów mniej więcej do poziomu szkoły średniej, czyli dzieci w szkole podstawowej powinny mieć zdecydowanie ograniczony dostęp.

Proszę zwrócić uwagę na to, iż nauczyciele wykorzystują telefony na lekcji, ale niesie to za sobą ryzyko wykluczenia z zespołu klasowego, bo nie każde dziecko ma telefon. To jest rzecz, która z punktu widzenia procesu wychowawczego nie może i nie powinna być bagatelizowana.

Mówię o tym, ponieważ są nauczyciele, którzy wykorzystują telefony na lekcji np. języka angielskiego. Ale co mają zrobić wtedy, kiedy pięcioro uczniów go nie ma? Także dlatego, iż rodzice świadomie postanowili, iż dziecko nie będzie z niego korzystało.

Jak byłem dzieckiem niosłem na szyi klucz do domu. Dziś zdecydowana większość dzieci „na szyi” ma telefon, bo rodzice chcą śledzić, gdzie przebywają ich pociechy. Czy to nie absurd?

Inna sprawa, iż za moich czasów nauczyciel był osobą z dużą pozycją społeczną, był szanowany, a rodzice raczej w większości sytuacji trzymali jego stronę. Dzisiaj ta sytuacja się diametralnie zmienia i to rodzice odgrywają decydującą rolę, a nauczyciel jest spychany na margines.

Za prestiż danego zawodu, w tym przypadku zawodu zaufania publicznego, jakim jest zawód nauczyciela, generalnie odpowiada państwo. Rząd, kształtując choćby politykę edukacyjną także w kontekście poziomu wynagrodzeń, określa nasz prestiż zawodowy.

A autorytet to jest dominanta cech indywidualnych każdego z nauczycieli. I o ile zdajemy sobie sprawę z tego, iż w ogólnonarodowej dyskusji problem nauczycieli pojawia się albo przy okazji Dnia Edukacji, albo protestu nauczycieli i wtedy rząd się nami zaczyna interesować, to widzimy, iż generalnie jesteśmy marginalizowani i spychani gdzieś na kolejne pozycje.

Rodzice także to dostrzegają i także się w ten trend wpisują, mówiąc, iż skoro rząd nie dba o nauczycieli, to dlaczego mieliby dbać rodzice.

Z drugiej strony mamy do czynienia ze zdecydowanie większą świadomością prawną rodziców dotyczącą funkcjonowania dziecka w szkole. Mamy działania Rzecznika Praw Obywatelskich, Rzecznika Praw Ucznia, Rzecznika Praw Dziecka. Wskazują oni na wzajemne relacje ucznia, nauczyciela i rodzica i to także powoduje, iż rodzice coraz częściej w takiej dyskusji przyjmują wręcz pozycję wrogą wobec nauczycieli.

14 października 2025 roku w siedzibie Premiera Rady Ministrów pani minister Barbara Nowacka zwróciła się z apelem do rodziców, żeby zechcieli współpracować z nauczycielami, podkreślając, iż w wielu wypadkach to właśnie my, nauczyciele, więcej wiemy o dzieciach, o ich sytuacji, o ich uwarunkowaniach rozwojowych, bo spędzamy czasami z tymi dziećmi o wiele więcej czasu niż rodzic.

Atakowanie nauczycieli stało się w jakiejś mierze pewnym zwyczajem w niektórych środowiskach i mamy coraz większą liczbę rodziców, którzy przychodzą do szkoły z pretensjami, iż szkoła nie wykonuje tego, do czego – zdaniem rodziców – została powołana, i o ile cokolwiek się złego dzieje, to winę za to ponosi szkoła.

Nie, szkoła nie jest wyspą, szkoła działa w układzie nauczyciel-uczeń-rodzic. Rodzic ma obowiązek współpracować ze szkołą, jest zobowiązany także z punktu widzenia kodeksu rodzinnego i opiekuńczego do sprawowania opieki nad dziećmi i nie może całości spraw zrzucać na szkołę.

Wracając do głównego tematu naszej dyskusji, czyli telefonów, rodzice mówią: „Chcę wiedzieć, co moje dziecko robi w szkole”. Ale szkoła jest najbezpieczniejszym obszarem, w którym dziecko spędza gros swojego czasu.

Owszem, zdarzają się czasami wypadki i trudno, żeby takowych nie było w środowisku 4 milionów obywateli. Dziecko jest w szkole od godziny 8:00 do godziny 15:00. Co 45 minut zmienia salę lekcyjną, ma 10 minut przerwy, 20 minut na obiad. Rodzic wie to z własnego doświadczenia. Więc co chce kontrolować?

Smartfon czasami przez ucznia jest wykorzystywany w sposób naruszający interes nauczyciela i jego prawo polegające na tym, iż dziecko nie może tego nauczyciela nagrywać bez jego wiedzy i zgody.

Więc o ile rodzice mówią, iż chcą wiedzieć, co dziecko robi, chcą mu zapewnić kontakt, to powtarzam, mogą zadzwonić do sekretariatu szkoły i zapytać dziecko, jaka jest jego sytuacja, albo też wyposażyć dziecko w smartwatch i dziecko będzie mogło się skontaktować z mamą, żeby odebrała je ze szkoły.

Smartfon nie jest niezbędny w szkole.

Neil Postman w 1999 roku w swojej książce „W stronę XVIII stulecia” napisał: „Nie sprzeciwiam się podłączeniu klas szkolnych do internetu lub udostępnianiu uczniom komputerów osobistych, pod warunkiem, rzecz jasna, iż szkoła ma mnóstwo pieniędzy. To znaczy, iż dobrze płaci nauczycielom, jest w stanie zatrudniać tylu nauczycieli, aby zredukować w istotny sposób liczbę uczniów w klasie, i nie brakuje jej najnowszych książek”. Jak Pan skomentuje te słowa?

To już jest zamierzchła przeszłość, także w zakresie rozwoju technologii, aczkolwiek wiele z tych zdań jest aktualnych, bo nie wszystkie szkoły stać na dostęp do technologii. Na pewno nauczyciele nie są godziwie wynagradzani.

Natomiast na pewno ten cytat jest istotny także z punktu widzenia tego, co działo się w ostatnich kilkunastu latach. W Polsce jeszcze nie tak dawno ponad 2000 jednostek samorządu terytorialnego nie miało dostępu do internetu szerokopasmowego. Więc sam fakt posiadania komputerów był w dużej mierze ograniczony.

Czasami komputer był tylko w sekretariacie szkoły lub w jednej pracowni lekcyjnej, bez możliwości korzystania z niego przez uczniów i nauczycieli.

Wydaje mi się, iż te słowa, wypowiedziane 26 lat temu, w jakiejś mierze pokazywały proces, który będzie postępować, potrzebę wsparcia dla tego środowiska, potrzebę rozwiązania problemów materialnych w kontekście dostępu do cyfryzacji zarówno w postaci sprzętu, jak i internetu szerokopasmowego, do którego nie każda gmina i szkoła ma dostęp. Na pewno nastąpił kolosalny postęp w stosunku do tego, co było jeszcze kilka lat temu, ale dzisiaj możemy powiedzieć, iż wciąż wielu nauczycieli jest tego dostępu pozbawionych, także z powodów materialnych, a chcielibyśmy, żeby taka sytuacja nie miała miejsca, bo to jest nasze narzędzie pracy.

W tym miejscu chciałbym nawiązać do działań ZNP, a mianowicie Związek od wielu miesięcy walczył o to, żeby nauczyciele mieli rzeczywiście prawo do dotacji komputerowych. Przypomnę, iż były minister zainwestował w komputery dla uczniów – tylko czwartoklasistów – wbrew stanowisku Komisji Europejskiej. Te komputery były przeznaczone dla nauczycieli, a nie dla uczniów, co pan minister w ramach kampanii politycznej wykorzystał w sposób nieprawidłowy.

Związek naprawdę włożył ogromny wysiłek w to, żeby i Ministerstwo Cyfryzacji, i Ministerstwo Edukacji do końca tego roku zapewniły wszystkim nauczycielom, którzy mieli do tego prawo, bon edukacyjny na zakup laptopa. kilka brakowało, żeby kilkanaście tysięcy moich koleżanek i kolegów zostało pozbawionych takowego prawa. Dodam, iż żadna inna organizacja nie zajęła się tą sprawą.

Chcę tylko podkreślić, iż komputer nie może być jedynym medium przekazywania wiedzy. Ma być wsparciem, pomocą, ale nie może zastępować nauczyciela, bo pojawia się groźba sztucznej inteligencji.

To zagrożenie związane ze telefonami, komputerami, cyfryzacją życia szkolnego musi stać się jednym z najważniejszych tematów w procesie wychowania młodego pokolenia.

Postman mocno podkreślał, iż to człowiek, w tym przypadku nauczyciel, jest ważniejszy niż cała ta technologia. Ważniejsza jest mniejsza liczba uczniów w klasie niż liczne grupy w salach z dużą ilością technologii i sprzętu.

Małe zespoły to dostrzeganie potrzeb i problemów ucznia, indywidualne podejście, szybkie reagowanie, ale też łatwiejsza kontrola tego, co uczeń robi na komputerze, bardziej optymalne wykorzystanie sprzętu i to, co wiąże się z warunkami ekonomicznymi, organizacyjnymi, liczbowymi ma tutaj kapitalne znaczenie.

Media informują, iż Instytut Badań Edukacyjnych Państwowy Instytut Badawczy chce sprawdzić, w jakim stopniu faktycznie telefony są obecne w polskich szkołach. Do drugiej części ogólnopolskiego badania zaproszeni zostali dyrektorzy szkół, nauczyciele, uczniowie i rodzice, aby podzielili się swoimi doświadczeniami. Proszę o komentarz.

Smartfony są obecne i ich liczba rośnie każdorazowo po Bożym Narodzeniu i w okresie komunijnym. Wiąże się to niestety z tym zasadniczym pytaniem, gdzie są rodzice.

Jeżeli w poczekalni u lekarza widzę, iż dziecko, które ma siedem lat „siedzi” w telefonie, to rozumiem, iż mama dała go dziecku, żeby czekało cierpliwie, aczkolwiek można ten czas zagospodarować inaczej. Ale o ile w restauracji dziecko siedzi przy stole ze telefonem, a dorośli rozmawiają, nie patrząc na to, co dziecko robi, to popełniamy podwójny grzech zaniedbania polegający na tym, iż nie kontrolujemy tego, co dziecko robi, ale też dajemy mu zły przykład zachowania się przy stole.

Nauczyciele podkreślają, iż dziś telefony są w powszechnym użyciu. Czują się zagrożeni zarówno napastliwością fizyczną, jak też agresją związaną z wykorzystywaniem urządzeń multimedialnych. Zdarza się, iż uczniowie nagrywają nauczycieli lub rozpowszechniają obsceniczne treści, co narusza dobra osobiste oraz obowiązujące prawo. Stąd apel ZNP do Ministra Edukacji o wzmocnienie art. 63 Karty Nauczyciela, tak aby ochrona przysługująca nauczycielom – podobna do tej, jaką mają funkcjonariusze publiczni – obejmowała ich nie tylko na terenie szkoły, ale także poza nią. Być może zwiększy to poczucie bezpieczeństwa nauczycieli i uświadomi opinii publicznej skalę problemów wynikających z niewłaściwego używania telefonów komórkowych przez uczniów.

Sądzę, iż badanie IBE pokaże, iż telefony są w powszechnym szkolnym użyciu – przypuszczam, iż ma je jakieś 80-90% dzieci. Im starsze dziecko, tym ten współczynnik jest większy.

Pytanie tylko, jak przebiega proces kontroli rodzicielskiej nad dostępem do owych urządzeń, na ile one służą rzeczywiście wsparciu rozwoju intelektualnego dziecka, a na ile są po prostu „wypełniaczem” czasu. Coraz więcej mówi się w przestrzeni publicznej o uzależnianiu dzieci od platform cyfrowych i wynikających z tego szkodach dla ich zdrowia psychicznego. Są badania pokazujące związek mediów społecznościowych z zaburzeniami nastroju.

Cieszę się, iż Pan zwrócił uwagę na dyskryminowanie dzieci, które nie mają telefonów, bo taką decyzję podjęli ich rodzice świadomi cyfrowych zagrożeń. Tacy rodzice są na razie w mniejszości, nikną w zalewie roszczeniowych opiekunów, którzy domagają się, żeby ich dziecko miało telefon w ręku.

Zacytuję teraz depeszę Polskiej Agencji Prasowej, którą podało też Radio RMF FM: „Fińska Komisja Konstytucyjna oceniła, iż korzystanie z telefonów komórkowych nie jest prawem ucznia. Uznała też, iż wprowadzenie zakazu czy ograniczeń w ich używaniu zarówno podczas zajęć lekcyjnych, jak i również poza nimi na terenie szkoły nie narusza konstytucji”. Tak podchodzą do tego tematu Finowie. A w Polsce część rodziców uważa, iż uczeń ma prawo posiadać telefon i odbieranie go czy wprowadzanie jakichś ograniczeń czy regulacji związanych z higieną cyfrową to atak na święte prawo własności. Co Pan na to?

Skandynawowie przodują w tego rodzaju regulacjach, które między innymi zwracają uwagę na niebezpieczeństwa płynące z bezpłatnego, nieograniczonego dostępu do mediów społecznościowych.

Podstawowym prawem ucznia jest prawo do uczenia się. A o ile telefon ma być elementem wspomagającym, to jak każde inne urządzenie w szkole musi być pod kontrolą nauczyciela.

Jeżeli dziecko wykonuje doświadczenia chemiczne, to dzieje się to pod kontrolą nauczyciela. Natomiast o ile w domu rodzice uważają, iż telefon jest dziecku potrzebny, to jest sprawa rodziców.

Wiele państw wprowadziło odgórne postanowienia, ale o ile nas na to nie stać, to wprowadzajmy chociaż taki element dydaktyki, wsparcia dla rodziców. Uczmy ich rozmów z dzieckiem, uczmy dzieci, jak korzystać z mediów społecznościowych, z różnego rodzaju komunikatorów, żeby dzieci od małego były świadome tych wzajemnych relacji, powiązań, bo kiedyś w przyszłości będą także wychowywać swoje dzieci. I chciałbym, żeby ten proces był rzeczywiście pod kontrolą.

Wiele organizacji społecznych ma to wpisane w swoje cele statutowe i dobrze by było, żebyśmy na to zwrócili uwagę.

Finowie poszli dalej, uznając, iż te zakazy nie naruszają niczyich praw obywatelskich. Skoro dzieje się tak w państwie skandynawskim, które ma jedną z najlepszych edukacji mimo kryzysu pandemicznego, to warto z tych wzorów i z tych doświadczeń korzystać.

Słusznie podkreśla Pan odpowiedzialność rodziców, natomiast mam wrażenie, iż niestety w debacie publicznej umyka nam, iż jeszcze większą odpowiedzialność za obecną sytuację ponosi biznes.

Big Techy, firmy telekomunikacyjne, producenci telefonów dostarczają dzieciom te cyfrowe narkotyki i uzależniają je od swoich produktów.

Czy biznes nie powinien brać większej odpowiedzialności za to, co robi? Mamy na przykład fundusz korkowy, w ramach którego firmy alkoholowe płacą za profilaktykę antyalkoholową, za działania edukacyjne. Natomiast wszystkie te biznesy związane z antyspołecznościowymi platformami reklamowymi (TikTok, FB, YouTube) czy ze telefonami, nie ponoszą żadnej odpowiedzialności.

Skoro wielkie korporacje mają tak ogromny wpływ na rozwój społeczny dzieci, to powinny ponosić także część odpowiedzialności za skutki swoich działań. Nie mogą powiedzieć: „Dajemy wam narzędzia, a wy róbcie z tym, co chcecie”.

Warto zastanowić się nad tym, czy jakaś część przeogromnego kapitału leżącego po stronie tych instytucji nie powinna służyć wsparciu rodziców, organizacji społecznych, szkoły w tych działaniach, które mają pokazać, jak te urządzenia powinny być w jak najlepszy sposób wykorzystane.

Mówimy o pewnym procesie dezintegracji społecznej, takiej alienacji społecznej, także w obszarze rodzin, bo każdy na tym swoim telefonie robi, co chce i ta rodzina powoli funkcjonuje bardziej w świecie wirtualnym, aniżeli w rzeczywistym. Wydaje się, iż te bogate korporacje powinny być zobowiązane do tego, żeby część swoich środków przeznaczać na wsparcie edukacyjne, wychowawcze, wsparcie polityki społecznej, rozwoju psychofizycznego dziecka i to powinno być zapisane w przepisach prawa.

Jakiego ważnego pytania nikt Panu jeszcze nie zadał na temat, o którym rozmawiamy, i jaka jest na nie odpowiedź?

Trudno mi sobie przypomnieć takie pytanie. Na pewno jest to pierwsza taka publiczna dyskusja na temat roli telefonów, w której przewija się obawa o konsekwencje wynikające z nieograniczonego dostępu do nich. Była kampania w Senacie, czasami pojawiają się kampanie społeczne, ale jak na razie nic konkretnego z nich nie wynika.

Natomiast jest potrzebna taka dyskusja o tym, jaka jest relacja, między wykorzystywaniem telefona w procesie edukacyjnym, w życiu rodzinnym, i jakie niebezpieczeństwa z tego wynikają. Czas na konkretne rozwiązania i działania poprzedzone szeroką kampanią informacyjną.

Jako dorośli jesteśmy odpowiedzialni za dzieci i o ile obserwujemy negatywny wpływ nowych technologii, platform cyfrowych na rozwój i zdrowie młodych ludzi, to mamy obowiązek reagować.

Dziękuję za rozmowę.

Zapraszamy na staże, praktyki i wolontariat!

Dołącz do nas!
Idź do oryginalnego materiału