Podczas gdy nowy prezydent Krakowa, Łukasz Gibała, rozpoczął urzędowanie od symbolicznego gestu obniżenia własnej pensji do ustawowego minimum, wójt wiejskiej gminy Gdów, Zbigniew Wojas, od blisko ćwierćwiecza konsekwentnie inkasuje maksymalne dopuszczalne prawem stawki. Ten rażący dysonans finansowy i wizerunkowy wywołuje coraz głośniejsze dyskusje wśród mieszkańców regionu i stawia pytania o etos współczesnego samorządowca.
Po objęciu urzędu prezydenta Krakowa, Łukasz Gibała stanął przed koniecznością zmierzenia się z gigantycznym zadłużeniem stolicy Małopolski. Jego pierwszą, głośną decyzją było odrzucenie projektu uchwały przygotowanego przez przewodniczącego Rady Miasta, który zakładał dla włodarza maksymalne wynagrodzenie (ponad 23 tys. zł brutto). Gibała osobiście zgłosił poprawkę obniżającą jego uposażenie do ustawowego minimum – do poziomu około 18,5 tys. zł brutto (wraz z dodatkami).
Prezydent drugiego największego miasta w Polsce wprost zadeklarował, iż choć oszczędność rzędu kilku tysięcy złotych nie uratuje miejskiej kasy, to daje mu moralne prawo do szukania cięć budżetowych w podległych mu urzędach i spółkach. To sygnał dla opinii publicznej: kryzys dotyka wszystkich, a oszczędzanie zaczynamy od samej góry.
Zupełnie inną filozofię finansów publicznych reprezentuje Zbigniew Wojas, który nieprzerwanie od 2002 roku rządzi podkrakowską gminą wiejską Gdów. Pensja wójta Wojasa przez lata plasowała go w ścisłej czołówce najlepiej zarabiających samorządowców w powiecie wielickim – wyprzedzając pod tym względem choćby burmistrzów znacznie bogatszych i silniej uprzemysłowionych Niepołomic czy Wieliczki.
Wójt gminy Gdów odnieść można wrażenie nigdy nie miał oporów przed przyjmowaniem od radnych maksymalnych możliwych stawek wynagrodzenia. W praktyce oznacza to, iż włodarz gminy liczącej zaledwie kilkanaście tysięcy mieszkańców zarabia dziś niemal dokładnie tyle samo – a niejednokrotnie choćby minimalnie więcej – co prezydent blisko milionowej metropolii.
Kontrast ten pogłębiają dawne, ale wciąż żywe w pamięci mieszkańców sprawy, jak choćby ta z lat 2002–2014. Wówczas wójt skumulował aż 199 dni niewykorzystanego urlopu, co zaowocowało legalną wypłatą z budżetu gminy potężnego ekwiwalentu w kwocie blisko 102 tysięcy złotych. Z perspektywy standardów oszczędnego zarządzania publicznego, takie działania budzą oczywisty sprzeciw opozycji i mieszkańców.
Gdyby za wysokimi zarobkami wójta gminy Gdów szły spektakularne sukcesy ekonomiczne, krytyka mogłaby być mniejsza. Twarde dane statystyczne i ogólnopolskie rankingi (oparte na wskaźnikach GUS) są jednak bezlitosne. W zestawieniach zrównoważonego rozwoju gmina Gdów regularnie okupuje przedostatnie miejsce w powiecie wielickim. W skali kraju, pod względem inwestycji czy pozyskiwania środków unijnych na mieszkańca, gmina Gdów ląduje na odległych pozycjach często w drugiej połowie stawki.
Podczas gdy mieszkańcy mniejszych miejscowości w gminie wciąż czekają na podstawową infrastrukturę, jak choćby rozbudowę sieci kanalizacyjnej, lokalne władze chętnie kreują lub kreowały „iluzję sukcesu”, chwaląc się dyplomami w komercyjnych lub stricte promocyjnych rankingach (np. „Mądra Gmina”).
Przypadek gminy Gdów idealnie obnaża luki w polskim prawie samorządowym. Przepisy pozwalają radom gmin windować pensje włodarzy do maksymalnych limitów bez jakiejkolwiek korelacji z realnymi wynikami gospodarczymi, czy stopą życiową mieszkańców.
Decyzja Łukasza Gibały w Krakowie udowadnia, iż to nie prawo zmusza do brania maksimum – to kwestia osobistych standardów i wrażliwości na publiczny grosz. Przykład z krakowskiego magistratu rzuca bardzo niekorzystne światło na podkrakowskich urzędników, pokazując, iż w Gdowie standardy skromności i solidarności z budżetem gminy wciąż pozostają jedynie pobożnym życzeniem.





![„Światełko dla Trybunału” w Poznaniu. Manifestacja na placu Wolności [ZDJĘCIA, FILM]](https://wielkopolskamagazyn.pl/wp-content/uploads/2026/11/Swiatetko_dla_Trybunalu-009.jpg)









